19 mar 2017

rozdział pierwszy


Nigdy nie sądziłam, że pożegnania mogą być takie trudne. A uwierzcie, są.

Po kilku latach w Kalifornii, gdzie było mi zdecydowanie wygodnie, za nic w świecie nie chciałam się wyprowadzać. Nie do tak nędznej dziury jaką było Ghost Town, które znajdowało się gdzieś na skraju stanu, bez zalążka elektroniki XXI wieku. W moim rozumowaniu było to bzdurą kompletną, aby wyprowadzać się na takie zadupie. Ale znając życie, oraz moją matkę, Elanore, nie miałam nic do powiedzenia.

2968 Ghost Town street.

Mieszkanie Tedeusa Rundqvista, które dostał w spadku po zmarłej prababce, miało być naszym miejscem na ziemi. Moim miejscem. Z duchem zmarłej pani za ścianą. Cudownie.

Soraya, daj spokój. Wiesz, że nam się to przyda — mama stanęła w progu, trzymając swoje gładkie, wypielęgnowane dłonie na biodrach, przykrytych czarną ołówkową spódnicą. Westchnęłam ciężko, podgłaśniając muzykę lecącą z wieży stereo.

Mama jak zwykle miała swoją opinię na ten temat i nie mogła pogodzić się z moją, jakże odmienną od jej. Z pozoru spokojna, usiadła obok mnie na jednoosobowym łóżku, uśmiechając się smutnie. Położyła swoje dłonie na moich, na co mogłam tylko wywrócić oczami.

To nie tak, że nie lubiłam swojej własnej matki, a ona mnie, chociaż z całą pewnością za sobą nie przepadałyśmy. Po prostu nie potrafiłyśmy się dogadać. I to był powód dla którego unikałyśmy siebie jak ognia.

Ona miała Teda, a ja miałam zgraję zmarłych, biegających po pokoju i błagających o pomoc, której i tak nie dostawali. Bo niby jakim sposobem?

Powinnaś używać balsamów do rąk, bo przypominają saharę. Twoja skóra jest strasznie wysuszona i popękana, a powinnaś o to zadbać, gdy mężczyzna będzie chciał ci włożyć pierścionek na palec — mruczała pod nosem, klepiąc moje dłonie i rozciągając skórę na kostkach, na boki.

Mamo! — fuknęłam głośno, wyrywając dłoń z jej uścisku. — Po pierwsze, to są moje dłonie i nic ci do tego. Po drugie, żeby jeszcze ktoś chciał mi włożyć tego cholernego pierścionka na palec, a przypominam ci, że nie mam chłopaka! No i po trzecie, nie martw się, nie jestem tobą i nie zaciążę w trzeciej klasie liceum, bo odstraszę gości moimi wyschniętymi na wiór, dłońmi — uniosłam dłoń z trzema wystawionymi palcami. — Widzisz? Plan idealny, przebij to.

Burknęła i pogłaskała swoje gęste ciemne włosy. Głównym powodem dla którego ja i mama nie mogłyśmy znaleźć wspólnego języka, było to, że ja nie przywiązywałam żadnej wagi do swojego wyglądu. Dlatego też byłam odwiecznym singlem, no i z wyboru także chciałam nim być. Feminizm na wysokim poziomie.

No dobrze, w porządku — zacisnęła usta w wąską linię i wstała z łóżka, wygładzając pognieciony materiał spódnicy. — Ale, gąsko, nie bądź zła na nas. Chcemy zmienić otoczenie na lepsze.

Naszła mnie dzika ochota na sardoniczny śmiech, ale nie mogłam z siebie wykrztusić nawet słowa. I to nie była wina słów matki, a chłopaka, który stał za nią i opierał się całym ciałem o ścianę mojego pokoju, z założonymi ramionami na torsie.

To była zabłąkana dusza.

I na dodatek się śmiała.

A ja ją słyszałam.

Soraya? Gąsko, słuchasz mnie? — zaniepokojona Elanore położyła mi dłonie na ramionach, zaglądając w moje oczy, których za nic nie spuszczałam z obcej duszy. W moich uszach bębnił dźwięk jego śmiechu; ciężki, zachrypnięty i szorstki. Niemal raniący, z czego przypominał za głośną muzykę w pustym pomieszczeniu, obiającą się o ściany z mocnym echem. — Mój Boże, gąsko, krew ci leci z uszu!

Dusza uśmiechnęła się kpiąco i uniosła dłoń na wysokości mostka, machając palcami u dłoni. Opuściła ramiona i odepchnęła się od ściany, przechodząc przez moją matkę i mnie. Przeraźliwy chłód przeszył moje ciało, a ból w skroni uderzył we mnie jak huragan o dom. Zajęczałam głośno, pozwalając na krótką chwilę łzom lecieć.

Już dobrze, gąsko. Już dobrze — wyszeptała, głaszcząc moją głowę. — Krew przestała lecieć. Myślę, że to dobry znak. Zabierzemy cię do szpitala. Chodź, gąsko. Chodź.

Trzymając się ramienia mamy, dokuśtykałam do barierki schodów na piętrze, ale ból w głowie wybuchł po raz kolejny, a moje gardło zapiekło od krzyku, który z siebie wydałam. Moje oczy traciły ostrość i wszystko zaczynało zlewać się w jedną wielką papkę kolorów, przypominających wymiociny. Silne ramiona uniosły moje ciało do góry, a głowa opadła mi w dół, pozwalając gumce z włosów upaść na ziemię. Chmara odgłosów uderzała w wyciszoną ścianę, w mojej głowie. Jaskrawe światło poraziło mój wzrok, a ciemna plama rozpłynęła się w chwili, kiedy wyciągnęłam przed siebie rękę.

Dopiero w samochodzie zrozumiałam co to była za plama.

To była ta dusza.

Kiedy Peuget mamy zatrzymał się na szpitalnym parkingu, mogłam odetchnąć z ulgą. Ból stopniowo przechodził, a krew przestawała mi szumieć w głowie. Dźwięk zatrzaskiwanych drzwi wrócił do mnie w naturalnym podźwięku, a głosy mamy i Teda docierały do mnie już w jednej czwartej.

Wytrzymaj jeszcze chwilę, gąsko — wykrztusiła Elanore, głaszcząc moją głowę. Odsunęła się ode mnie i fuknęła głośno w stronę pielęgniarki stojącej przed wejściem do szpitala. Mimo iż mój wzrok szwankował, linie i barwy wracały na swoje miejsce. Na moje szczęście. — Mogłaby się pani ruszyć? Wózek by się przydał!

Zamknęłam oczy, chroniąc je przed jaskrawymi promieniami słońca. Dłonie Teda z lekkością ułożyły mnie na wózku inwalidzkim, pchanym przez pielęgniarkę w niebieskim stroju, która musiała chwilę temu palić papierosa. Uporczywe ciepło dnia i zimno wózka spowodowały, że mocny dreszcz przeszył mnie wzdłuż kręgosłupa.

Jeszcze kawałek, gąsko i wszystko będzie dobrze.

Jęknęłam i otworzyłam oczy, gdy jasne światło za powiekami zniknęło, a na jego miejscu pojawiła się ciemność. Jechałam przez długi korytarz szpitalny, kiedy wózek zatrzymał się przy ladzie.

Proszę wypełnić papiery odnośnie córki. Doktor Clinton Harris ją przyjmie. Sala numer osiemdziesiąt trzy. To cały czas w prosto i po prawej stronie — powiedziała kobieta i odeszła, zajmując się jakąś starszą panią na końcu kolejki.

Ted, idź z Sorayą do doktora, ja zaraz do was dołączę.

Niesmaczny odgłos cmoknięcia dobił do moich bębenków i ruszyliśmy do przodu, kierując się do gabinetu osiemdziesiąt trzy, który tak naprawdę nie był daleko, jak myślałam. Pięść Teda uderzyła w drewniane drzwi dwukrotnie i odsunął się kiedy w szczelinie pojawiła się głowa łysiejącego mężczyzny po pięćdziesiątce.

Soraya Johnson? — zapytał poprawiając swoje czarne oprawki okularów na piegowatym nosie. Ted mruknął potwierdzająco pod nosem i wskazał palcem na mnie, jakby to nie było oczywiste. Doktorzyna odsunął się i otworzył szerzej drzwi, pokazując ramieniem na klozetkę przy ścianie. — Świetnie, zapraszam do środka.

Blondyn pomógł mi podnieść się z wózka i usiąść na klozetce. Zapach środków do dezynfekcji uderzył w moje nozdrza, kłując i łaskocząc. Kichnęłam głośno, na co Ted zachichotał. Według opinii innych, mogłam się poszczycić uroczym wydawaniem odgłosów podczas kichania.

Przepraszam — burknęłam, pociągając nosem.

Nie przepraszaj, kichanie to normalna sprawa — doktor założył lateksowe, białe rękawiczki na dłonie i podszedł do mnie, przyglądając mi się przez dłuższą chwilę. — Dobrze, co cię do mnie sprowadza? Alergia na pyłki?

Pokręciłam głową i odsunęłam włosy na bok, pokazując swoją żuchwę na której znajdywała się krew, według mamy i Teda.

Mhm — mruknął pod nosem. Obrócił moją twarz na bok, pozwalając sobie na bliższy kontakt z moim uchem. — Krew. Czy zdarzyło ci się to kiedyś?

Nie, to pierwszy raz — zacisnęłam zęby, kiedy wsunął do mojego ucha otoskop. — Co to może oznaczać?

Nic poważnego, naprawdę. Możliwe, że potrzebujesz spokoju i ciszy. Miasto może sprawiać, że masz złe samopoczucie. Wiele osób tak ma. Ogromny stres, szum samochodów, ciężarówek i klaksonów może powodować ogromny ból. To dlatego. Przypiszę ci lekarstwa przeciwbólowe i radziłbym wyjechać gdzieś w spokojniejsze miejsce. Gdzieś gdzie jest cicho — zdjął z dłoni lateksowe rękawiczki, wrzucił je do białego kosza stojącego obok klozetki i stanął przy mahoniowym biurku, pisząc na karteczce receptę.

To się cieszę. Dziękuję — powiedziałam, nie wierząc w ani jedno jego słowo.

Odwrócił się do mnie z uśmiechem na pomarszczonej twarzy i wcisnął w moją rękę receptę. Spojrzał kątem oka na Teda, który właśnie witał się po raz kolejny tego dnia, z moją mamą w drzwiach. Zacisnął swoją dłoń na mojej i pochylił się w moją stronę.

Uważaj na siebie, dziecko. On ci nie odpuści. Nie odpuszcza nikomu. Nie wiem co zrobiłaś, ale strzeż się go! Nie przychodzi do byle kogo. Pojawił się u mnie, bo przewidział, że wylądujesz u mnie w gabinecie. To co ci powiedziałem to jedno wielkie kłamstwo. To wszystko jest na jego rozkaz. Nie wierz w ani jedną rzecz, którą ci powie. Prawda jest taka, że to on chce abyś przyszła do niego. Strzeż się, dziecko, bo śmierć wybrała ciebie!

Odsunął się i zasiadł za biurkiem, kryjąc swoją twarz w dłoniach. Z pomocą Teda i mamy wyszłam z gabinetu na własnych nogach. Kiedy drzwi się za mną zamknęły, stanęłam na środku korytarza zamurowana. Wyciągnęłam przed siebie karteczkę i rozłożyłam zmięty papierek:

Pomóż mi zaznać spokoju, kiedy mnie odwiedzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz